Rozprawy #13: nie wszystko miał, czemu brak połysku

Nic Pizzolatto – W drodze nad Morze Żółte,

czyli nie wszystko miał, czemu brak połysku

Długie godziny spędzone na lekturze literatury przygodowej, o które nie potrafię nie mieć do siebie pretensji – z których spowiadam się sam sobie i rozgrzeszenia dać nie umiem, bo słowa przebaczenia gniją mi w ustach – godziny te sprawiły, że ponad miarę wyostrzyły się moje czytelnicze zmysły wykrywające pisarskie chwyty, sprawdzone sztuczki, numery polaryzujące bez pudła. Z nieufnością reaguję na wysoki połysk, którego kiedyś – ile, dziesięć lat temu? – poszukiwałem jak opętany, żeby nasycić się nim po same kolana i wypluwać jego nieprzetrawione, białawe grudy; strach przed niestrawnością jakiś już czas temu skierował moje uwielbienie w stronę literatury bardziej stonowanej i inaczej na strunach jelit grającej. Takiej jak W drodze nad Morze Żółte.

Nic Pizzolatto (który już za samo stworzenie True Detective’a powinien zostać skreślony ze wszystkich moich list, mimo że serial bardzo lubię – pisarz to pisarz, nie dyskutujmy o tym) w najmniejszym nawet stopniu nie przejmuje się tym, co myśleć będzie jego czytelnik (to oczywiście szepcząca nadzieja) – rozpalanie wyobraźni i wielkie historie chowa za pazuchę, takie mam przynajmniej wrażenie, że gdzieś w nim drzemie powieść absolutna, odrzuca ją i skupia się na wszystkich odcieniach szarości. Idźmy dalej, rączo – szarości te nie są szarościami oczekującymi poklasku, nie, nie są to szarości żyjących pod zaborami Polaków czy przeżywających powojenne traumy żołnierzy, nie są to szarości niepewnych swej tożsamości podstarzałych profesorów, ba, nie są to nawet szarości ludzi dyskryminowanych (a wszystko to przecież tematy); Pizzolatto na warsztat bierze nasze spotkania rodzinne (sezon komunijny!), codzienne nieporozumienia, dramaty w skali najmikrzejszej z mikrych, duperele, które – istotne! (ang. crucial, jedno z moich ulubionych słów) – tworzą wzory naszych żywotów. Czasami pojawia się tzw. chwyt (w tytułowym opowiadaniu jest to wytwórnia filmów z gołymi ludźmi na pierwszym planie!), gdzieś w tle cały czas ta piękna Luizjana (tak nazywam Amerykę pól i bagien, szczegóły geopolityczne naprawdę nie są ważne; Love Story i Yelawolf, o mamo), ale W drodze nad Morze Żółte rozgrywa się na płaszczyźnie zdefiniowanej przez punkty banalne jak kurczak z ryżem: mężczyznę, który zaczyna pić po zniknięciu żony, nastolatkę w ciąży, matkę zbuntowanego chłopaka. Proste jak rzucenie brzydkiego słowa w ciszę, a potrafi złapać za gardło.

Nie ma chyba wątpliwości co do tego, że samo wzięcie na warsztat tematów prymitywnych – bo tym zajmuje się Pizzolatto – nie gwarantuje sukcesu. Zbiór (tak poza tym to nie przepadam za opowiadaniami jakoś) z pewnością nie byłby zbiorem funkcjonalnie pełnym (pozdrawiam logików, wasz brat w wierze), gdyby nie filtr ładnych sformułowań, który jest na tę bliską werblom serca zwyczajność nałożony. W przeciwieństwie do autora tych słów autor tej książki rzadko kiedy sili się na tworzenie niepotrzebnie skomplikowanych zdań, lubi pisać wprost, ale przebłyski – nie połyski – zdarzają się mu regularnie. Pewnie trzymane pióro, historie rysowane jednym jego pociągnięciem – intensywnym, ale na pewno nie przyciężkim – i ta Luizjana, tak, ta Luizjana też, sprawiają, że W drodze nad Morze Żółte można – warto – się zgubić. Jeśli lubią Państwo prozę pieczętującą pojedyncze chwile, to ten zbiór, mimo braku blasku, może okazać się precjozum cenniejszym niż cały ten tombak, w którym wszyscy zmuszeni jesteśmy tonąć od tylu długich lat.

Leave a comment

Filed under Rozprawy, Uncategorized

Rozprawy #12: o zaduchu w kuchni

Leonid Cypkin – Lato w Baden,

czyli o zaduchu w kuchni

 

Gdybym powiedział Państwu gdzie i jak się wychowywałem, a powiem, to nie uwierzyliby – i nie uwierzą, bo takie cuda się z głową moją oraz resztą doczesności działy, że sny filozofów to mało, ba, pojazgrzowowilliamsowe (inaczej: popejotlowe) wizje artystów naszych nie opisałyby tego. Cichy krzyk w okolicy potylicy szepcze mi przy okazji wygłaszania podobnego banału, iż każdy dobry obywatel podobnie postrzega swoje lata i jesienie szczenięce, ale nie byłbym sobą, gdybym zdroworozsądkowych podpowiedzi nie ignorował. Do tych rozważań przefiltruję kalejdoskop wspomnień swoich tak, żeby odrzucić zapach świeżo koszonej trawy, o który z ojcem wojowałem, duszny pot zalewający wiejskie siłownie i woń nagrzanych gumy i tartanu (absolutnie niepodrabialną; cały czas roztapia mi mózg i przestawie przegrodę nosową), a także kurz radośnie skaczący po domu przemienionym w bibliotekę, a zostawić jedno tylko – zaduch małej kuchni (i małego mieszkania, bo smrodliwa unifikacja wykorzysywała dyfuzję bez pardonu), w której gotowana była kapusta.

Trochę jestem zmieszany (co wszak nie jest wielką nowością – nawet mimikę mam rozedrganą, nieustaloną, bo niezależnie od okoliczności pozostaję skąpany we wstydzie i konfuzji, z którymi walczy obłąkana i lichą wylewką poparta pewność siebie wynikająca z błazeńskiego usunięcia powagi na drugi plan), bo piszę o Lecie w Baden, które Sontag nazywa arcydziełem, a przywołuję wrażenia bogojczyźnianobigosowe. I choć starałem się myśli tej uniknąć, to, jak bywa zawsze, nad okiełznaną i oswojoną warstwą mojego jestestwa władzę przejęła część z zaprzeczeniami przed przymiotnikami (tudzież zanegowanymi przymiotami) i właśnie tam mnie prowadzi – do zasmrodzonej kuchni. Drogę wskazał owej części sam Leonid Cypkin: wziął ją pod rękę, narzucił krok w bardzo (!) jego stylu (o tym później, bo duszno! Ukrop, skwar, upał, kanikuła!), podszedł do drzwi rzeczonego pomieszczenia, pukaniem się nie przejmował, wszedł i wprowadził – a tam Dostojewscy. Przechodzimy do cymesu.

Lato w Baden to powieść elegancka. Chciałbym, abyśmy się dobrze zrozumieli: wulgaryzmy są nieeleganckie, nieelegancki jest seks, nieeleganckie jest podglądactwo i plotkarstwo, nieelegancki jest każdy niepotrzebny kontakt fizyczny. Tego w książce Cypkina nie ma – jest ona elegancka. A mimo to stanowi wstrząsający portret największego prozaika w historii (trochę w tym momencie drażnię i stroszę piórka, bo wcale nie jestem pewien) i jego żony, a także ich głębokiej relacji. Choć czytelnik nie zagląda Dostojewskiemu do garnka, a do alkowy ładuje się totalnie zahipnotyzowany przez autora i jego oszałamiające zdania (i płynie, płynie z Fiodorem i Anią, płynie), to widzi życie intymne do cna, rdzeń prywatności odarty z wszelkich przybrudzeń i ozdóbek, jądro chleba naszego powszedniego. Za pośrednictwem Cypkina zostaje wprowadzony do kuchni – niby zadbanej, ale nieco przybrudzonej, w zakamarkach wyklękującej drobny remont, ze ścianami przerakowaciałymi latami intensywnych zapachów – rozsiada się i patrzy z mieszanką delikatnego obrzydzenia, zupełnie naturalnego, bo pielesze ludzi, którzy, tak się składa, nie są nami, zawsze nas odrzucają, i zabarwionej chorobą (najlepiej taką klasyczną, pobudzającą wyobraźnię – suchotami) fascynacji. W tym wirującym wirze wariacji wyraźnie wybija się ta przeklęta woń kapusty – czyli, przekładając z mojego na Dostojewskie, ruletka. Formo, jak pięknie Cypkin poradził sobie z opisaniem nałogu: chłód, chłód ponad wszystko i zaklęty krąg, który zmusza Fiodora do pierwszego, drugiego i każdego kolejnego powrotu; narrator nie krytykuje przetrawionego przez hazard gracza, nie lituje się też ani trochę, mówi tylko – przegrał i wrócił, przegrał i wrócił, znowu przegrał i znowu wrócił, będzie wracał dalej. Jaka piękna katastrofa!

Cypkina prywatnie nie znam i poznać raczej nie poznam, ale gotów jestem założyć się o wszystkie tajemnice, którym tak rozpaczliwie pragnę spojrzeć w twarz, że jednej rzeczy chciał – a ja tę rzecz przyuważyłem: chciał więc Cypkin ten czytelnika przytrzymać przy lekturze Lata w Baden. Niech nie dziwią się jednak Państwo, proszę, mojej niecodziennej przenikliwości, albowiem jest ona dużo bardziej codzienna (dzisiejsza właściwie) niż może się wydawać – poznałem to po zdaniach, i to od razu! Zaczynam czytać przyzwyczajony do pisania słowem w pysk, przerwa (kropka), znowu słowem w pysku, znowu kropka – tak w kółko – nie u tutaj, o nie – tutaj zdania nie kończą się nigdy, dusisz się, czytelniku, z braku kropek, wyglądasz przerwy, umysł chce odpocząć, ale nie, jeszcze autor wszystkiego nie powiedział, jeszcze oplata cię czasownikami i w głowie miesza, jeszcze hipnotyzuje, nie ma mowy, żebyś odwrócił uwagę, bo – skończony będziesz, nigdy nie dojdziesz do tego, gdzie wszystko się zaczęło, nie mówiąc nawet o tym, od czego. Wrażenie, że Cypkin cyzelował z siebie kolejne akapity, że z bólem wydzierał je z poszarpanego wnętrza, że męki nieskończone przeżywał pisząc i krwią kreślił każdy znak – nieodparte. Lato w Baden osacza fabularnie i stylistycznie, usadza czytelnika na roztrzęsionym taborecie w dusznej kuchni i każe przeżywać jej wnętrze całym wnętrzem własnym. Wrażene niecodzienne.

Arcydzieło to słowo bardzo mocne, a w mojej spaczonej głowie tak wiele jest zupełnie niepotrzebych skrzyżowań związanych z literaturą, że gdy próbuję go użyć, język kołowacieje i kantuje mi się o wyschłe wargi – nie użyję go więc (kłamstwo: padło dwa razy), tym bardziej, że nie jestem tak entuzjastyczny jak Sontag, o czym chyba nie powinienem informować, bom pył na wietrze. Lato w Baden nie kosztuje wiele, jeden wieczór zaledwie, a zostawia po sobie. Baczcie Państwo, że nie o wszystkich można to powiedzieć.

Leave a comment

Filed under Rozprawy, Uncategorized

Rozprawy #11: obłapianie i oblepianie

Haruki Murkami – Kafka nad morzem, 

czyli obłapianie i oblepianie

Kiedyś wierzyłem, że na książkę należy patrzeć jak na zbiór rozdzielnych elementów – w celu poznania jej znaczeni i wartości, zakładałem, należy wziąć cyrkiel i liniał, obmierzyć, młotkiem trzeźwego spojrzenia popukać, zważyć odpadające okruchy, pochylić się z lupą i tak długo wślipiać się w kartki, aż coś z tego wyniknie; potem bezlitosny żywot ludzki zmusił mnie do wzięcia się za bary z kwantyfikatorami, spętania wolnego umysłu karbami logiki, poddania się zasadom przyczynowości, wwiercenia się w maszynową powtarzalność oraz prób, bezustannie podejmowanych, unikania zacięć. Nadrzędnym celem stało się ucieknięcie szaleństwu, dlatego też mój pogląd na literaturę (fraza: Lem) musiałem zrewidować – od tej (tamtej) pory książka ma wybuchać w pysk wolnością, jedyną, jaka dana, a ja – ja wolność w ocenie sobie zastrzegłem.

Cele powyższego akapitu oczywiste: po pierwsze, dawnom nie miał okazji do ćwiczeń wysokiego stylu, bo ekstatyczne pochwały istnienia (fraza: Miłosz) w ustach smakują popiołem – musiałem więc rozgrzać pióro; po drugie – dałem Państwu nadpis (przypis, tylko u góry), w którym mogą się dowiedzieć, dlaczego – albo i po co – Kafki nad morzem raczej krytykować nie będę. Powieść ta ma niedostatki formalne, o których coś tam pewnie przyjdzie mi napomknąć, ale mnie nie o niedostatki rozchodzi się, a o dostatki. W związku z tym będę monologował o metaforach, a nie o bezdusznie porzuconym wątku mężczyzny uwięzionego w kobiecym ciele czy po macoszemu potraktowanym temacie relacji (emocjonalnej, bo o seksualną, jak zwykle, autor się zatroszczył) pomiędzy porzuconym synem a matką, nie będę się rozwodził nad tym, co tu rozwierchutane.

Kafka nad morzem zdobył mnie harmonią. Murakami wielokrotnie udowadniał, że na muzyce się zna (zresztą i tutaj sceny, w których bohaterowie oddają się jej słuchaniu są bardzo smaczne) – tym razem z wiedzy tej skorzystał, aby z pojedynczych nut literackich stworzyć kompozycję niezwykle bogatą: pod warstwą nieco zbyt mocno naciągniętej elegancji skrywa się parny bezwstyd, prostota upływających na bezmyślności dni gryzie się ze skotłowaną intymnością, a szaleństwo wygląda leniwie zza uporządkowanej codzienności – najważniejsze jednak to, że symfonia ta jest spójna niezwykle, spójna na poziomie subatomowym. Bohaterowie rozmawiają o sile snu, marzenia, symbolu i metafory, a powieść stopniowo w tę metaforę się przekształca – każde niedopowiedzenie, które irytuje, zyskuje drugie dno i staje się elementem wielkiej gry w kalambury. Co pokazuje Murakami? Odpowiedź wydaje się oczywista: chłopca wmieszanego w kryminalną (ha, za to uproszczenie sam siebie karam: głupcze! Metafizyczną) aferę. Zaraz, zaraz, ale przecież ta afera także jest grą – w kalambury; co pokazuje? Chłopca wmieszanego w tragedię dorastania. Ja w tym miejscu się zatrzymuję, bo temat zawsze kurczy moje serce i na fali nosi, ale z tyłu głowy cały czas świadomość: to tylko kolejna zasłona.

Dlaczego dojrzewanie Kafki pochłonęło cały mój intelektualny pęd, chwyciło mnie między mocarne szczęki i zaczęło żuć nieszczególnie intensywnie, ale z nieuchronnością nieuchronną – ano dlatego, że Murakami jakby bez wysiłku, bez szczególnego trudu (kłamstwo: ponad sześćset stron!) opowiedział młodość i udowodnił od razu – żeby nie męczyć się niepotrzebnie, żeby bytów ponad potrzebę nie mnożyć (fraza: Ockham) – iż nic oprócz niej się nie liczy, nic nie jest równie intensywne, równie ważne, równie destrukcyjne. Stałem się niewolnikiem jednej sceny: chłopiec (niby mężczyzna – silny, samodzielny, mający za sobą inicjację seksualną, a wciąż chłopiec) przedziera się rozpaczliwie przez krzaczory, za wszelką cenę unikając spoglądania w tył. To tutaj kryje się cała dynamika (czyli siła – cała dynamika, czyli cała para tej książki, która w mój gwizdek nie poszła, a ruszyła mnie, para buch) Kafki nad morzem: nie tam, gdzie morduje się ojca, sypia z siostrą i matką czy toczy wielkie dyskusje z kamieniami; Murakami pokazał dziecko na puszczy i powiedział: to właśnie ty. Nic poza tym chłopcem nie jest tobą, a ty nie jesteś niczym poza tym chłopcem. Na początku nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy, dopiero dzisiaj, kiedy spokojnie kosiłem trawę, uświadomiłem sobie, że nie jestem i nigdy nie będę (chyba, że coś się zmieni – ale to przecież nieważne, bo istnieje tylko wczoraj) niczym więcej niż moją młodością, a moja młodość to właśnie – chłopiec przedzierający się przez krzaki.

Pisałem o wolności w literaturze, ale jednej rzeczy jestem niewolnikiem świadomym, a nawet wyzwolonym: literackiego Nobla; kiedyś ten temat poruszę, ale dzisiaj tylko: dobrze, że jesteś, brachu! Wszyscy wiemy, co mówi się o Murakamim, nie mnie to oceniać (komu, w takim razie?!), ale coś powiem: jeśli go odstanie, to za jedną rzecz – lepkość jego prozy. Przy okazji Kafki nad morzem wyjątkowo nieprzyjemne, co tam, obrzydliwe uczucie oblepiania jest równie odstręczające co przy lekturze Norwegian Wood – niby człowiek czyta książkę, a jakby wchodził w szlam, niby czyste strony (czytałem na czytniku), a za paznogciami żałoba, niby świeży wiaterek (w za malym autobusie), a zaduch jak w parowozowni (nigdy nie byłem). Imię tej zagwozdki brzmi – Hoshino, ten zwyklak i jednocześnie jeden z najważniejszych bohaterów powieści – wciągnięty w opowieść przez przypadek, wzięty znikąd, przechodzień. On zdaje się być przepustką do świata dziwactw, którą elegancki i ułożony na pierwszy rzut oka, a w gruncie rzeczy szalony aż do głębi wód geotermalnych Murakami wydaje czytelnikowi. Skorzystałem z niej i nie żałuję.

Leave a comment

Filed under Rozprawy

Rozprawy #10: my head is full of ghosts

Magdalena Tulli – Szum,

czyli my head is full of ghosts

sz

Każden jeden, który potrafił poradzić sobie z tytułem jubileuszowej Rozprawy, powinien sięgnąć po Szum – im szybciej, tym lepiej. Tak przynajmniej podpowiada mi mój spaczony umysł, a choć ledwo dychający racjonalizm pyta go, co właściwie łączy polską pisarkę z kalifornijskim punkiem, to nie będę go słuchał. Wyczuwam w tej powieści skompresowaną furię, wyczuwam wyciągnięte z rynsztoka, ledwo opłukane (jak pistolet, od którego ginie esesman) emocje, wyczuwam obrazoburczość przekompilowaną w postać zgrabnego literackiego kodu. Szum parzy przy najmniejszym nawet kontakcie, razi nieuziemionymi uczuciami, kaleczy niesfazowanymi krawędziami ostrych obserwacji. Bomba.

Tulli jest niesłychanie odważna. Bierze na warsztat dwa (ewentualnie trzy) tematy, z których przyzwoity człowiek nie tyle powinien, co musi wyspowiadać się w sposób przyzwoity: szanuję. Szanuję rodzinę. Szanuję przerażającą obozową przeszłość. W Szumie sprawy nieprzyjemnie się komplikują.

Pognieciona historia dwóch matek, sióstr, czyni z nich jednostki zwichrowane: jedna zapomina o postrzeganiu, poznaniu i zmianie, godząc się tylko na taki świat, jakiego chce, druga natomiast świat, którego nie chce, odsuwa od siebie na długość wyciągniętej ręki i pozwala mu na kontakt z nią tylko wtedy, gdy czuje się całkowicie bezpieczna. Najstraszniejsze w ich wspólnej opowieści jest to, iż są świecie przekonane o tym, że nic ich nigdy nie złamie – a tymczasem dawno już są złamane. Obozy, które wyrzuciły z pamięci, wyrwały obie z życia i rozbiły – pozostał po nich tylko szum. Heroiczny i nieskończony wysiłek pozwolił zestalić się setkom harmonicznych w postaci – nieprzypadkowe, ale wybrakowane. Postaci, które wyszły z obozów i założyły rodziny.

Narratorka Szumu to dziecko skrzywdzone. Dziecko, którego rodzice pominęli jego istnienie milczeniem. Dziecko zapomniane i odstawione na bok. Czy jej niedopasowanie to efekt szkolnych problemów? A może szkolne problemy są efektem niedopasowania? Co w takim razie jest jego źródłem? Odpowiedź, choć prosta, jest szalenie trudna do zaakceptowania: córka jest pochodną matki. Matka wyrwała się z obozu, ale nikt nigdy nie wyrwał obozu z niej – choć próbowała ukryć upiorną melodię pod szumiącym rozedrganiem codzienności, to ta na stałe wdarła się do jej życiogłosu i nie miała w planach nigdy ucichnąć.

Gdzieś z tyłu głowy zaś cały czas brzęczy pytanie: ilu z nas pochodzi z takich rodzin? I nie chodzi tu wcale ogrom dramatu, lecz o jego obecność. Ilu z nas ma zadawnione (zabliźnione) pretensje do swoich najbliższych, które zatruły znacznie więcej wód, niż jesteśmy w stanie wyrzygać w bolesnych spazmach? Ilu z nas stawia kroki nie dlatego, nie po, a mimo że? Tulli w króciutkiej powieści opisała dźwięk pustych mis, którymi wszyscy jesteśmy: mis wydrążonych przez najcichsze krzywdy, przez krzywdy przemilczane i zapomniane przez wszystkich poza nami samymi. Zapisała w pięciolinii ból powszechni i powszedni – może niezbyt intensywny, ale uciążliwy na tyle, że paczy.

Szum jest cichym krzykiem oburzenia – precyzyjną szpilą wbitą w bezrefleksyjną zgodę na bylejakość. Magdalena Tulli poruszyła mnie i pozostawiła obok siebie samego, w miejscu, z którego trochę lepiej widać wydeptaną przeze mnie ścieżkę. Świetna literatura.

Leave a comment

Filed under Rozprawy

Rozprawy #9: rodzinn-, woln-, żywotn- i współczesn-

Spis przedtreści:

Łukasz Orbitowski – Szczęśliwa ziemia

Justyna Bargielska – Małe lisy

Ziemowit Szczerek – Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

Patrycja Pustkowiak – Nocne zwierzęta

Brygida Helbig – Niebko

Paweł Potorczyn – Ludzka rzecz

Andrzej Stasiuk – Nie ma ekspresów przy żółtych drogach

Jerzy Pilch – Wiele demonów

Ignacy Karpowicz – ości,

czyli rodzinn-, woln-, żywotn- i współczesn-

Karpowicz_Osci_m_

No cóż, nie mogę sobie pozwolić, żeby podejść do tej książki tak jak lubię. Lubię być wolny na szybkość, tudzież szybki na wolność, co znaczy: dać lekturze swoje odleżeć, zanim będę o niej śpiewał. Teraz nie ma jak, trzeba mruczando odstawić bez rozgrzewki.

Ignacy Karpowicz pojawia się w tej ciemnicy dosyć często. Nie będę liczył, liczę w godzinach a nie po, ale pewnie jego nazwisko pada równie często co Gombrowicz, Dick czy Dostojewski. Niestety, jest raczej piątym kołem niż czwartym muszkieterem – to trio to tutti frutti, pierwszy (zaś) przebywa pola przeciętności. Ale przecież Gesty

Sprawa jest skomplikowana. Na Gesty trafiłem dokładnie w tym momencie, gdy brutalnie próbowałem rozerwać własne jestestwo i otworzyć się na współczesną literaturę niefantastyczną. Powiedzmy, że jakoś to poszło, ni rwanie, ni podrzut nie są tematami tej tu rozprawy. Gesty wzięły mnie mocno – uwielbiam lektury poruszające wątek relacji rodzinnych, a linia matka-syn jest dla mnie i gorącą, i błękitną. Do tego mile łechczący podniebienie język, do tego cieszące oko szczegóły, do tego wyostrzony zmysł obserwatorski. Pamiętam, że aż mi duch zaparło to wszystko, bo myśl paliła: czy to tak może być? Czy przypadkiem złapana książka (tak zwana, bo to czytnik) przypadkiem złapanego (no cóż) autora tak rusza? A jeśli tak wydeklinowana lektura miesza, to co byłyby w stanie zrobić te wybrane już przy pomocy skalpela (czyli z zegarmistrzowską lub chirurgiczną precyzją, prześladuje mnie ten zwrot od lat)?

Na szczęście zdążyłem się rozczarować! Okazało się, iż, po pierwsze, Karpowicz to pisarz bardzo nieprzypadkowy, bo jeden z tych bardziej uznanych (o czym w ogóle my tu rozmawiamy, wydawany jest w twardej oprawie!), po drugie – wcale nie taki dokrojony. Pode mnie, znaczy się. Przeczytałem Balladyny i romanse, aby zrozumieć (ha, patos wali akapit w ruinę, zamiast „i zrozumiałem” ja tu cel narzucam), iż autor nie do końca taki jest, jak Gesty, a zdecydowanie bardziej taki, jak Gestów ostatni akapit. W krótkiej lekturze zmieścił swoją inteligencję, zmieścił pożądaną u pisarza spostrzegawczość, zmieścił olbrzymią empatię – ale kpiarstwa nie zmieścił, kpiarstwo mu tam tylko wykipnęło, kpiarstwa zwyczajnie w sobie nie utrzymał i popuścił kroplę (jak ja wulgarnie mówię, to nie wypada). W Balladynach i romansach widać, że Karpowicz ma go wcale dużo i nie boi się nim co jakiś czas strzyknąć (ordynus i miglanc ze mnie). Wyjątki z tekstu za wydaniem z mojego kundelka:

Literaturę spożywamy wyłącznie najgorszej jakości, interesuje nas styk grafomanii z upośledzeniem umysłowym. Mistrzem w tym gatunku jest Coelho, i nawet Dan Brown nie dorasta mu do pięt, a zasługi miał przecież spore i będzie jeszcze gorszy, niż jest, obiecuję, znam prognozy.

Oraz:

Film o papieżu okazał się bardzo wzruszający, zjadłem duży popcorn i wypiłem średnią colę.

Nie chciałbym, żebyśmy się źle zrozumieli (a przecież jesteśmy na to skazani! Najczarniejszy sen spędza ze mnie radość od tylu lat.) – powyższe cytaty, jak to mówią ludzie młodzi i pełni życia, zaśmiane. Karpowiczowi chyba nawet nie wywodzi się od kpiarzy – on z kpiarstwem romansuje. Nie katuje czytelnika cynizmem ściernym, nie graweruje sarkazmem, nie szuka spełnienia w ironii. Co najwyżej podejmuje z nią delikatny, kulturalny (bardzo! Na każdym kroku czuć, że człowiek nielicho oczytany i dobrze wychowany, psiakrew, nie jakiś hultaj!) flirt, aby odbiorcę rozśmieszyć. A właśnie – dowcipny do tego! Problem w tym, że ja się z tej psiej rasy wziąłem, że ja w ścieraniu i grawerowaniu znajduję spełnienie, że śmieję się, ponieważ rozkoszuję się lękiem, bawię się nicością i igram z odpowiedzialnością, a śmierci nie ma (do połowy ja, od połowy Witold G.). Mój korzeń wypłynął z korzenia (tfu, tfu, tfu, cóż za ancymon we mnie drzemie) czarnych błaznów, moja wrażliwość dorobiła się brzydkiego „nie”, cynizm wysuszył oczy i w ogóle takie noir, że sam Marlowe wstydziłby się rozmawiać z taką skamieliną. Poważnie o błazenadzie: jestem kpiarzem, a swój do swojego nie ciągnie – swój swojemu wilkiem. Pierwszą rzeczą, której w literaturze nie lubię (a mimo to potrafi wywołać we mnie podziw), jest dystans: autora do siebie, autora do dzieła, dzieła do dzieła. Do dzieła!

Właściwie napisałem już o ościach wszystko, co wyczułem. Karpowicz to szarmancki, bardzo oczytany, ciepły, empatyczny i inteligentny, spostrzegawczy i uszczypliwy pisarz. Taka jest też jego najnowsza książka. Ja po prostu nie potrafię znieść tego, że nie jest ona śmiertelnie poważna, bo tego właśnie potrzebuje moje rozegzaltowane na wszystkie strony błazeńske ego: żeby depcząca je literatura zabierała się do dzieła z zaciśniętymi ustami.

Pora jeszcze dorzucić do tej zgorzkniałej zupki coś o tym, czego się z ości dowiedziałem, bo książka ta służy nie tylko poruszaniu, ale i stymulowaniu (co zupełnie usprawiedliwiałoby wszystkie jej grzechy w moich oczach, gdybym był spowiednikiem – a przecież jestem tylko radośnie płaczącym katem). Ości to trzęsienie ziemi – nietypowe o tyle, że posiada co najmniej kilka epicentrów. Każde z nich to doskonale (czyt. idealnie, naprawdę idealnie) wykreowany bohater. Karpowicz pokazuje, że stworzenie porządnych postaci równa się wylaniu fundamentów – kiedy czytelnik poznaje Maję, Norberta, Ninel i Andrzeja jest już kupiony. Zresztą co się dziwić: każde z nich inaczej wygląda, każde inaczej mówi (klucz, klucz do mojego serca – żeby każden jeden innych słów używał, w innym rytmie czasowniki wyrzucał, inaczej pytania budował), każde inne dramaty przeżywa – poroże obfitości. W dodatku odbiorca ma całkowitą dowolność w wyborze swojego awatara, bo między państwem bohaterstwem-koralikami nie nitka jest, a siatka – Karpowicz to (do)wolnościowiec pełną gębą, każdego z każdym (ja nie o świntuszeniu, ja o relacjach).

Moim faworytem została Maja. Nawyk strzelania losowym zdaniem w przerwach między zdaniami prawie sensownymi to wytrych do mojej zamkniętej głowy (otwieracz do zapuszkowanego łba), a Niezawiniony Smutek pewnie zostałaby moją najlepszą przyjaciółką. Tak się składa, że Maja jest matką Bruna (punka-ateusza jeżdżącego z babcią na pielgrzymki). Tak się składa, że za kochanka wzięła sobie Franka, człowieka ułożonego i idealnie symetrycznego, jej totalne przeciwieństwo. Tak się składa, że Franek jest synem Ninel, uzależnionej od ludzi samotnicy. Tak się składa, że Ninel za kochanka wzięła sobie Norberta, pozbawionego owłosienia gorliwego wyznawcę ultraprawicowych wartości. Tak się składa, że Norbert sypia także z Maksem, który w weekendy zamienia się w drag queen. Tak się składa, że poza weekendami Maks zmienia się w Kuanga, wietnamskiego biznesmena z polską rodziną…

Tak można w nieskończoność. Gdzieś przeczytałem, że ości to powieść-plotka. Coś w tym jest. Z nurtem tej książki nie można nie popłynąć – wartka tragikomedia porywa i trzyma w czułych objęciach aż do bezbolesnego utonięcia (to podobno niemożliwe). „Perypetie rodziny X” brzmi jak żart (lub slogan reklamowy serialu sprzed 15 lat, tak panie dziejku, moja starość popiskuje), ale, uwierzcie, żartem nie jest – choć bywa. Można się przy tej lekturze ubawić, wspólne zabijanie czasu przyjemne jak moje pierwsze samobójstwo, to wszystko prawda. Ale nie o to idzie – idzie o podpłomyk, czyli o to, co płonie pod. A mimo że ości nie parzą, lecz ogrzewają, to ogień mocny.

Karpowicz uwielbia pytać o tolerancję. Poszukuje do tego najróżniejszych pretekstów: miesza w historiach, wiarach, pochodzeniach, rodzinach, łóżkach i orientacjach bohaterów tylko po to (a tak naprawdę także po to, by bawić), żeby wrócić do tej jednej kwestii – jak wiele człowiek jest w stanie zaakceptować, również w sobie, aby dopuścić szczęście do siebie i siebie do szczęścia. Czasami jego kontrowersja wcale kontrowersją nie jest (miłość Andrzeja i Krzysia nie może oburzać, nie może i koniec, a jeśli oburza, to żyjemy w zupełnie innych światach, żegnam), czasami kontrowersją może być (polska kobieta akceptująca to, że jej wietnamski mąż jest drag queen), czasami kontrowersją jest (kiedy Faustyna, katoliczka, obrywa od swojej wyzwolonej siostry i życia czyt. Boskiej Opatrzności – spodobało mi się to odwrócenie schematu, a zachwyciło ich częściowe pojednanie, mówię poważnie, zawsze stanę po stronie słabszego; kochajmy się! Jestem najbardziej czułym cynikiem w całym stadzie). Karpowicz, mimo rozmiłowania w ironii, ostatecznie nagradza swoich bohaterów za to, że zerwali krępujące ich społeczne więzy, przemełli tradycję – przynajmniej ja chcę w to wierzyć, bo zakończenia, czy może dokończenia, w powieści nie uświadczymy.

Najprawdopodobniej za kilka godzin ości zostaną nagrodzone Nike. Dobrze, bo to książka mądra i potrzebna, zabawna i przyjemna, ciekawa i ważna. Problem w tym, że mija się z moją wrażliwością dokładnie tak, jak mija się z moją wrażliwością Karpowicz: kiedy on zmiękcza ironię swoim dobrowidztwem, ja wolę tę czarną jak fatalizm. Doceniam kunszt, doceniam warsztat (choć zdarzają się w powieści stylistyczne mielizny – kilka razy coś zgrzytnęło w tej dobrze naoliwionej maszynie, byłem w nieprzyjemnym szoku), doceniam ości, ale wolę Wiele demonów. Bardzo wolę. A przecież wśród nominowanej dwudziestki było też Ostatnie rozdanie. Przeczytam i pokocham, w końcu to Myśliwski…

Leave a comment

Filed under Rozprawy

Rozprawy #8: to żyje

Przeszłość:

Łukasz Orbitowski – Szczęśliwa ziemia

Justyna Bargielska – Małe lisy

Ziemowit Szczerek – Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

Patrycja Pustkowiak – Nocne zwierzęta

Brygida Helbig – Niebko

Paweł Potorczyn – Ludzka rzecz

Andrzej Stasiuk – Nie ma ekspresów przy żółtych drogach

Jerzy Pilch – Wiele demonów,

czyli to żyje

wiele-demonow-b-iext21267446

Czasami wydaje mi się, że teksty, które nazwałem Rozprawami powinienem przemianować na Wyznania. Nie dość, że przyczyniłbym się do promowania świetnej, choć dalekiej od geniuszu literatury (Wyznaję Cabre, Zic Ocu, polecam), to utrafiłbym w, pocelował i wskazał na treść. Żeby trzymać się obranej kiedyś tam żyłochlastniczej konwencji, co, swoją drogą, uważam za przednią zabawę, bo innopieśniowa skolioza przeżarła mnie do cna, moją małą notkę pożenię z moją małą spowiedzią.

Grzech na dziś: czytanie nie sprawia mi przyjemności. (Uwaga! Mój rozpuchły do granic mózgoczaszki rozumek mówi mi, że coś takiego mogłem kiedyś już wykonfesjować. Urażonych ekshibicjonistyczną repetą sadystów przepraszam, powtórzenia prawdopodobnie jeszcze się powtórzą).

U Dostojewskiego, w Zbrodni i karze bodaj, było coś o monomanii. Mały byłem jak czytałem pierwszy raz i chyba dałem się monomanii omamić (ale nie mówię, że to nie jest rysa wynikająca z pierwotnej formy kryształu mojego jestestwa). Przez cały mój mozół świadomy rzucałem się z krwiożerczym szałem na różne rzeczy (jak to pensjonarsko brzmi, formo! Spłoniłem się), wróć, szałem na brunatne ochłapy, a efekty są. Jakie są. Na literaturę porwałem się w drugiej kolejności (sam się zdziwiłem, kiedy to sobie uświadomiłem), a efekty są. Jakie są.

Koniec autobłazenady! Poszedłem we mgłę, w dym i lustra, a wytłumaczenie jest proste: literatura pierwszorzędna wypływa z nielicznych, poukrywanych po nieprzebytych górach źródełek; ścieki wylewają powódź pulpy, podłej makulatury, którą biedny czytelnik rozrywa w poszukiwaniu choć jednej kropli ożywczego stymulantu. Oskarżycie mnie o elitaryzm, asekuranctwo, pozowanie nie tyle na intelektualistę, co na sam intelektualizm uosobiony, o taplanie się w umysłowym porubstwie, o próbę zrównania z ziemią tego, co ledwo się od niej odrywa. A to oczywisty błąd! (Choć każdego innego dnia musiałbym się ze wszystkimi tymi zarzutami zgodzić.) Dobre książki robi Brandon Sanderson, a nie sposób oskarżać go o wygórowane ambicje. Słabą książkę zrobił Huberath (Portal zdobiony posągami; musiałem sprawdzić, jak to to się zwie, bo wyrzuciłem z pamięci, poważnie), a przecież zawsze wiedział, co stronę odróżnia od kartki. Jeszcze dochodzi kwestia tego, że niektóre lektury nie po to są, by przyjemność sprawiać, a po to, by boleć!Powiedziałbym coś i o tym… Tylko dla Ciebie, cny Czytelniku, powstrzymuję moje szaleńcze szczekanie, bo sam obrażam się chronony po tym, jak ktoś zaczepi moją cierpliwość.

Usiadłem w niedzielę o godzinie szesnastej do lektury i przeczytałem dwieście stron Wielu demonów. Zamknąłem książkę, odłożyłem, chwyciłem znowu, zajrzałem na stronę ostatnią, poszukałem najbliższego numerka, czterysta siedemdziesiąt dziewięć, uśmiechnąłem się. Okiem niedoedukowanego eksperta oceniłem tom na czterysta stron, osiemdziesiąt jednostek przyjemności dostałem w gratisie. Uciecha z tego, że do końca zostało dużo, więcej niż się myślało – nie zdarza mi się.

W tym roku zdarzyło się może pięć razy. Korekty. Traktat o łuskaniu fasoli. Lala.

Od czego zacząć? Najłatwiej chyba od tego, czym stoi cały Pilchowy gmach: od frazy. Z bólem przyznaję (#wyznanie), że rzadko dostrzegam w literaturze język jako ogół. Może dlatego kiedy już go zobaczę, to pędzę jak gepard za gotowanymi ziemniaczkami? W każdym razie: jeżeli czytanie jest podróżą przez miasto, którego tworzywem jest słowo, to dostrzegam tylko pojedyncze budynki. No, może niektóre szczególnie fantasmagoryczne osiedla. Ale Wiele demonów to wiocha tak charakterystyczna, iż nie sposób spokojnie utonąć w kałuży solipsyzmu. Zdania zbudowane ze słów tak wymyślnych, że człowiek nawet nie pamięta, że je zapomniał; słowa poukładane tak, że człowiek zastanawia się, co też ten Pilch z nich tutaj układa; zdania zbudowane ze zdań tak wielu, że człowiek nie wie gdzie tu się zaczyna wtrącenie, a gdzie wtrącenie do wtrącenia. (Z)waż/szaj jednak! Zważaj, bo już oddałeś duszę meandrom! Wiele demonów to książka, którą czyta się tak, jak pije się kakao (nie wódkę, bezwstydnicy, nie wódkę): jakby kto lał w gardło i łeb aksamit. Płynność, potoczystość, gładkość, miękkość, przyjemność – a nie kalecząca ość (ości będą się czytały pewnie, jestem ciekaw).

Czy to wszystko? To nic! Wiele demonów nie jest z rasy powieści najlepszych, ale ma wiele jej cech – jedną z nich jest to, iż się rozlewa. Tłumaczę: Klub Pickwicka czytałem dawno temu i nie pamiętam niemal nic; jedyne co zostało, to wrażenie, że zostałem przez tę książkę otoczony, opatulony, że jest wszędzie wokół mnie. Z Wieloma demonami jest tak samo: najpierw czytający z podziwem czuje, jak świat powieści przylega do jego skóry, potem widzi go wszędzie wokół, na końcu roztapia się niby kropla w oceanie. Wypada postawić pytanie tyleż proste, co ważne: jak to jest zrobione?

Odpowiedź jest tyleż prosta, co złożona: szczegóły, panie odbiorco, szczegóły. Wiele demonów to antyteza powieściowej suszy; zaprzeczenie martwoty. W tej książce żyje wszystko. Bohaterowie? Oczywiście! I to jak żyją! To nie jest galeria postaci, lecz galera – tłum niewolników codzienności, mrowie ludzi (ludzi! Czytaj młody autorze, zamiast pisać, literatura i ludzie to jedno!) dziwnych, charakterystycznych, opisanych bogato i ze swadą, wykreowanych mądrze i sprytnie – bo i bawią, i ruszają – potencjał spełniony. Ich historie splatają się ze sobą, głębie przeszłości, szoki teraźniejszości, co tam, przeszłość z przyszłością i teraźniejszość z przeszłością, galimatias, kluski z makiem i plecenie jak na mękach, wiklinowy koszyk. Mrakówny z Kornelem i Juliuszem, ewangelicy z papistami, Naczelnik z Pastorem, Madame z trumną, Fryc ze swoimi własnymi proroctwami…Wszystko ze wszystkim! Dorzucam do tego żywy język. Mamy kłąb ruchliwych, wymykających się z rąk wątków, nad którymi Pilch jakimś cudem panuje; mamy świat zamknięty w książce; mamy życie w kryształowej kuli.

Wiecie, nienawidzę porównywać ze sobą książek. Poważnie! Ale robię to, robię to po to tylko, żeby zmusić mój przeżarty libertarianizmem móżdżek do jakiejkolwiek dyscypliny. Jedźmy więc, nikt nie woła: Ludzka rzecz, siłą rzeczy. Potorczyn też życie zamykał; mniej barwnie, z mniejszą swadą, z mniejszą pewnością siebie. Niebko – podobnie; dystans i humor Pilcha nad wzruszeniami Helbig. Dalej – Fionavarski gobelin. Naprawdę! Jeżeli ktoś przeczytał i to, i to, i nie widzi podobieństw, powinien przeczytać i to, i to jeszcze raz. A dzięki przywołaniu Kaya, mogę wejść na grządkę jeszcze niepieloną – Malazańska Księga Poległych. Wracam do żywych: Dostojewski, każden jeden. reamde. Dzieci Północy.

Słyszycie co mówię? Mówię: kompleksowość. Mówię: dokładność. Mówię: wielkość. Nie chodzi o jakość, bo sąsiedzi u góry bardzo różni: jeden ewangelik, drugi ochlaptus, a trzeci, najgorszy, papista. Wiele demonów stoi w domu, w którym chodzi o to, żeby jak najwięcej pokazać. Uwierzcie mi, rzadko to kupuję – bardziej to mi się podoba, co zakrywa. A tę książkę kupiłem jak cholera. Jak pierun. Słusznie dostała Nagrodę Literacką Gdynia. Szczerze mówiąc, nie wierzę, żeby Ignacy Karpowicz z ośćmi potrafił ją przebić, o Niebku i Nocnych zwierzętach nie wspominam, pozostałych pewnie nigdy nie przeczytam. Nie spodziewałem się tego, ale w tym wyścigu moim faworytem zostaje Jerzy Pilch. Jestem zszokowany – przede wszystkim poziomem Wielu demonów (nie są genialne, są świetne, a ja nie za bardzo za Pilchem przepadam, dlatego też notka wypada trochę bałwochwa…

Jakże mnie to zmęczyło!

1 Comment

Filed under Rozprawy

Rozprawy #7: przydrożne koleiny

Wcześniej:

Łukasz Orbitowski – Szczęśliwa ziemia

Justyna Bargielska – Małe lisy

Ziemowit Szczerek – Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

Patrycja Pustkowiak – Nocne zwierzęta

Brygida Helbig – Niebko

Paweł Potorczyn – Ludzka rzecz

Andrzej Stasiuk – Nie ma ekspresów przy żółtych drogach,

czyli przydrożne koleiny

nie_ma_ekspres_w

W ciągu najbliższych piętnastu minut udowodnię perfidię, nieskończony diabolizm, spaczenie i zwichrowanie oraz zniecnocenie mojej własnej osoby. Zrobię to w sposób zegarmistrzowsko precyzyjny i chirurgicznie…precyzyjny, a zdanie, które nastąpi po najbliższej kropce jest ostateczną przemianą w rzecz słowa o zaplanowanej masakrze. Wyglądać ona będzie następująco: stworzę notkę wycelowaną tak, abyście ją jak najszybciej zapomnieli (tak, właśnie tak!), notkę sadystycznie krótką (bo wiem bowiem, że karmicie się nimi, jak małe kaczuszki karmią się ziarenkami; bez nich nie będziecie żyć!) i notkę niemal pozbawioną treści (bom najsłuższym wiernikiem formy tego pokolenia).

Poprzedni akapit służy w oczywisty sposób rozgrzaniu stawów, ale nie myślcie, że to tylko czcze gadanie. Nie ma ekspresów przy żółtych drogach naprawdę domaga się ode mnie szczególnego potraktowania – tak jak każda książka Stasiuka. Daliście się zwieść, ale już wszystkich zawracam: nie uważam autora Jadąc do Babadag i Grochowa za mistrza. To raczej kwestia instynktu stadnego – zwąchałem w nim swojego. Jego proza nie wysyła mnie w kosmos, ale czuję ją przez selery skóry, kiedy tylko jest w pobliżu. Nie podniecam się jego historiami, ale rozumiem je – nie rozumem je rozumiem, lecz jakimś substytutem zwierzęcej krwiożerczości. Wiecie, to ta sama wrażliwość, którą najłatwiej chyba zamknąć w przerażająco grafomańskim opisie: rozgoryczony pogodzeniem z rozczarowaniem, rozedrgany z powodu zrozumienia rozbuchanej rozpaczy, rozbrojony przez rozliczne rozliczenia. Jakby człowiek zabił Weltschmerz i rozgrzebywał jego flaki. Nie ma ekspresów przy żółtych drogach jest takie, Stasiuk jest taki i ja – ja wnikam w ten jego pełen gorczycy świat jakbym o niczym innym nie marzył.

Wy, czytelnik, zostaliście przeze mnie uznani za inteligencję inteligentną, dlatego nie będę po raz kolejny produkował się na temat tego, czym jest dla mnie opowieść, dlaczego uważam ją za najważniejszą w całej tej zabawie etc. etc. Wyobraźcie sobie więc, że w Nie ma ekspresów przy żółtych drogach opowieść NIE WYSTĘPUJE. Ta książka to miejsca – przywołujące wyraźne skojarzenia, odkurzające dawne emocje, pełne intensywności. Tę książkę powinno zapomnieć się od razu po przeczytaniu, bo nie warto kolekcjonować takich doznań – mocnych, ale obcych; bliskich, ale czyichś; przynależących do kogoś i kogoś portretujących. Ta książka to stojący za nią człowiek opisany w poprzednim akapicie. Słucha się go i słucha, jego smutek nie smakuje jesienią, nie jest spokojny i cichy, a pulsujący, ostry, drażniący – przecina ścianę dzielącą czytanego i czytającego (zwaną skórą) bez większych problemów…

…a potem czytany w Z daleka odbudowuje ją we wspaniałym stylu. Niech jakikolwiek autor choćby mimochodem wspomni o tym, że człowiek z człowiekiem nie może; że prędzej człowiek z morzem, bo nic go tak nie zmoże, żeby on z innym człowiekiem – a jestem jego. A Stasiuk, zwykle zachowawczy, cichy – czuty, nie słyszany – zaczyna tarabanić tak, iż łzy w oczach stają. Nagłe rozrycie gruntu pod nogami czytelnika jest zabiegiem tyleż brudnym, co fascynującym. Ale jemu to nie wystarczy – idzie dalej i odziera biednego odbiorcę nie tylko z wiary w życie z Nie ma ekspresów przy żółtych drogach, ale z życia z kimkolwiek. Jeżeli toczą kogoś wątpliwości dotyczące tego, czy jego bratnia dusza go rusza, to niech lepiej po tę książkę nie sięga – bo to taki ghostbuster, że żadne duchy nie zdzierżą. Z daleka. Ha! Pamiętacie, jak przy Szczerku przyznałem się, iż gatunki literackie mieszają mi się jak banany z płatkami owsianymi w blenderze? Nie pamiętacie, ale tak było. Powiem więc tak: Z daleka to najlepsza literatura bez fabuły, jaką czytałem od czasu Dziennika Gombrowicza. Dziennik jeszcze smaczniejszy, ale co mam powiedzieć, skoro to najważniejsza książką mojego oddychania?

Powyższy akapit sprawił, że uważacie mnie za wyznawcę Nie ma ekspresów przy żółtych drogach. To nie do końca tak. Ta książka jest bardzo, ale dużo jest bardzo książek. Nawet wśród tych pięciu, które wcześniej w cyklu omówiłem, są co najmniej dwie. Ale to u Stasiuka znajduje się prawdopodobnie pięć stron, które trafiły do mnie najlepiej.

Nie sądzę, żeby ta książka dostała Nike. Byłoby trochę gorzko.

UWAGA!

Notka jest nieaktualna, ponieważ powstała dawno. Finałowa siódemka Nike jest znana od dłuższego czasu i Stasiuka w niej nie ma. Są za to na niej Nocne zwierzęta Niebko, a także ościWiele demonów, o których jeszcze pewnie napiszę.

2 Comments

Filed under Rozprawy